Parahit

Teoretycznie, gdy na całego trwa walka o mistrzostwo kraju, a w jednej z ostatnich kolejek grają zespoły z czuba tabeli ligowej… powinno to każdego elektryzować, na długo przed, w trakcie i po meczu. Niestety… nie w Polsce.

Nienormalnie było już na kilka godzin przed meczem. O tym, że Jagiellonia chce zabronić legionistom oprawy było już wiadomo od jakiegoś czasu. Prezes “Jagi” ponoć zgodził się na przezroczystą oprawę, ale i tak kibice z Warszawy mogli tylko pocałować klamki bramy stadionu na ulicy Słonecznej. Ktoś spyta: przecież mogli wejść na stadion, dlaczego cała ta “drama”? Wszyscy znający przeszłość na linii Legia – Jagiellonia powinni wiedzieć, że nie chodziło tylko o jakieś “dekoracje”. Po prostu to był kolejny pstryczek w nos klubu z Białegostoku.

Wydawało się, że morale w Legii Warszawa ostatnio rosły. Tak samo forma na boisku i zaangażowanie piłkarzy w walkę o tytuł. Niestety nie było tego widać w niedzielny wieczór. Legioniści w pierwszej połowie nie oddali jakiegokolwiek celnego strzału. Więcej – rzadko kiedy przebywali na połowie gospodarzy. Ci z kolei choć mieli przewagę, to pod bramką rywali nagle zapominali jak się gra. Gdy jednej drużynie nie chce się atakować, a drugiej wyraźnie to nie wychodzi… kibic może zastanawiać się tylko dlaczego traci swój cenny czas na takie “widowisko”.

W drugiej części gry sytuacja na murawie niewiele poprawiła się. To co działo się na boisku mogło mocno irytować. Ale jeszcze bardziej irytuje to co się dzieje ogólnie w naszej lidze. Lech walczy o mistrzostwo – traci punkty. Jagiellonia i Legia grają bezpośrednio – żadne z nich tak naprawdę nie mogą udowodnić, że są godne tytułu. To smutne. Zwłaszcza w dalszej perspektywie, bo na razie niezależnie od tego kto zdobędzie mistrzostwo – może zapowiadać się dla nas ciężkie lato, jeżeli chodzi o walkę o grę w europejskich pucharach.

fot. Mikołaj Barbanell (BayMedia)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *