Największe objawienia minionego sezonu! [Podsumowanie PŚ i PK]

Z dniem dzisiejszym rozpoczynam serię podsumowującą miniony sezon w skokach narciarskich. Na tapetę wezmę zarówno Puchar Świata, jak i Puchar Kontynentalny. Dzisiaj trochę na temat objawień zeszłego sezonu, o których jeszcze pół roku temu, nikt nie brał na poważnie. Z góry uprzedzam – nie będzie banalnych przypadków pokroju Richarda Freitaga itd. Zapraszam!


Robert Johannson

Ehhh… no i zepsułem, bo nie miało być banalnie. Ale Norwega darzę na tyle wielką sympatią, że umieściłbym go w każdym pozytywnym rankingu. Jeszcze do listopada był uważany za dobrego lotnika z aspiracjami na pierwszą dziesiątkę w jakimś konkursie lotów. I tylko tyle. Aktualnie mamy marzec, czyli raptem 4 miesiące później. Johannson jest podwójnym medalistą olimpijskim, zwycięzcą zawodów Pucharu Świata i jedną z czołową postaci w skokach narciarskich. Sezon skończył na piątym miejscu w klasyfikacji generalnej. A jeszcze dwa lata temu poważnie rozmyślał nad zakończeniem kariery. Ten sezon był na tyle dobry i na tyle przełomowy dla Norwega, że zapracował sobie na własny monolog, który został wygłoszony podczas Igrzysk w PyeongChang przez Włodzimierza Szaranowicza, a zaczyna się on mniej więcej tak: Wąsaczu… groźny z wyglądu… wspaniały lotniku… rekordzisto Norwegii, 252 metry…

Stefan Hula

Stefan skończył ten sezon Pucharu Świata bez wymarzonego podium. Poniekąd na własne życzenie, przy odrobinie szczęścia mógł mieć nawet złoto olimpijskie, ale nie będziemy teraz do tego wracać. Zresztą, gdyby parę lat temu ktoś powiedział, że Hula w przyszłości będzie medalistą Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata w Lotach, ktoś naprawdę mógłby go wyśmiać. A tu proszę, pan Horngacher zmienia ludzi. Od początku jego kadencji Stefan Hula skacze jak z nut, ale to w tym sezonie osiągnął apogeum. Dodajmy, że szczyt kariery nastał, kiedy ten miał 33 lata. Ale miejmy nadzieję, że Hula będzie jak wino – Im starszy tym lepszy.

Bracia Kobayashi

W sumie to nie byłem pewny kto bardziej zasłużył na umieszczenie w tym zestawieniu, więc postawiłem na ich obu. Pierwsza połowa sezonu zdecydowanie dla starszego z braci, Junshiro, sensacyjnego zwycięzcy z Wisły. Japończyk skakał bardzo dobrze, aż do Igrzysk w PyeongChang, gdzie ani razu nie był w czołowej piętnastce. Wtedy pałeczkę przejął jego brat, Ryoyu, który swoje najlepsze miejsce zajął w Lahti, gdzie był szósty. Był to być może znak, że japońskie skoki wstają z kolan i nadzieja może też zostać położona w młodych, a nie tylko starych wyjadaczach typu Takeuchi, Kasai i Ito.

Yukiya Sato

No i jest jeszcze jeden Japończyk, o którym chciałbym wspomnieć. Sato od paru lat puka do drzwi japońskiej kadry, ale przebił się dopiero w tym sezonie, i to jeszcze pod koniec. Japończyk punktował w tym sezonie tylko czterokrotnie, z najwyższą lokatą w Willingen (11.). Warto jednak wspomnieć, że tych punktów byłoby zdecydowanie więcej, gdyby Sato przekładał swoje skoki z treningów i kwalifikacji na konkursy. Na szczęście to był de facto jego pierwszy sezon w PŚ, więc wystarczy że nabierze trochę więcej pewności siebie i zachowa zimną krew w najważniejszych momentach i powinno być wszystko okej.

Jonathan Learoyd

Już w zeszłym sezonie pokazywał się z dobrej strony w Pucharze Kontynentalnym, ale przyćmił go jego kolega z reprezentacji, Vincent Descombes Sevoie. Teraz, kiedy starszy z Francuzów jest w zdecydowanie słabszej dyspozycji, młody Learoyd musi przejąć stery w kadrze. Dotychczas punktował tylko dwa razy, ale ma wielkie aspiracje, by stać się jednym z najlepszych Francuzów w historii.

 

Post Author: Michał Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *